Poznaj swojego psa

05 czerwca 2015

Niejednokrotnie, gdy umieszczam w internecie opisy mojej pracy z psem lub rozmawiam o tym z innymi psiarzami, wzbudzam liczne kontrowersje. No bo jak panicznie bojącego się innych psów czworonoga można wrzucić w sam środek zlotu buldożków? Przecież to skrajna nieodpowiedzialność!

Czy na pewno? Dziś trochę o... poznawaniu własnego psa.


Zastanów się: jak dobrze znasz swojego psa? Wiesz, że chętniej będzie bawić się piłką, niż szarpakiem, wiesz, że chętniej zje wołowinę, niż kurczaka. Wiesz, że nie lubi dotykania w łapy i wiesz też, że ma jakiś problem - w kontaktach z innymi psami, boi się wody, a być może dokucza mu coś innego. Ale wiesz jak to naprawić?

Zasięgasz porady w internetach (wszak behawiorysta jest za drogi, by wykupić kilka indywidualnych sesji). W internetach specjaliści od niczego doradzają Ci plan, który działa na wszystkie psy. Próbujesz, nie działa. W najgorszym wypadku pogarszasz sprawę i pogłębiasz problem. Ale przecież pisali, że zadziała?

 

Warto przypomnieć, że na początku każdego posta, w którym opisuję moją pracę z psem, umieszczam taki komunikat:

UWAGA !!! Nie jestem behawiorystą, a przedstawione poniżej techniki nie są receptą na idealnego czworonoga. Opisana została jedynie historia: jak to było u nas? Na jej podstawie można wyciągać wnioski, a nie ją powielać. Każdy pies jest inny, a każdy przypadek wymaga indywidualnego podejścia. Zastanów się, zanim zaczniesz pracę ze swoim pupilem.

Zwróćcie uwagę na końcówkę - każdy przypadek wymaga indywidualnego podejścia. I nie napisałam tego po to, by umyć rączki od ewentualnych oskarżeń, że komuś nie powiodło się szkolenie według "moich zasad". To prawda - każdy przypadek wymaga indywidualnego podejścia! Psy nie są zaprogramowane na jeden typ, sposób życia, charakter i problemy. Nie istnieje jedna metoda działająca na wszystkie przypadki, bo żaden przypadek nie jest taki sam. A opiekun psa jest od tego, by MYŚLEĆ i dostosować metodę do psa. Nie dostosuje jej jednak, nie znając swojego podopiecznego. Dlatego uważam, że warto poddać psa obserwacji i wyciągnąć wnioski. Dzięki temu nauka nowych rzeczy będzie o wiele przyjemniejsza i skuteczniejsza.


Najprościej chyba będzie pokazać Wam, jak to było u nas (najpierw wróćcie do czerwonego tekstu :)). Fibi jest specyficznym psem i już na początku zauważyłam, że tradycyjne metody na nią nie działają lub działają bardzo słabo. Dlatego ucząc się nowej rzeczy obmyślam plan, jak temu mojemu psu pomóc, by osiągnąć sukces. Znam ją i dobrze wiem jak wprowadzić nową sztuczkę czy zachowanie, by osiągnąć satysfakcjonujący efekt.

#1 Fibi wysyła bardzo silne sygnały uspokajające w kontaktach z innymi psami, dlatego na sam początek naszego poprawiania relacji z innymi psami musiałyśmy dobrać psa, który te sygnały respektuje. Gdybym nie zauważyła tego, że mój pies CSuje, z pewnością spotykałabym się z przypadkowymi psami, które niekoniecznie te sygnały respektują. Najprawdopodobniej Fibi czułaby się w jeszcze większym niebezpieczeństwie - no bo jak to, ona wysyła sygnały, a pies je ignoruje i na nią naskakuje? Pierwsze spotkania z psami, które w ogóle nie interesowały się Fibi (no bo jak tu się bawić z jednym wielkim CSem, godność zakazuje takich akcji!) bardzo nam pomogły oswoić się z obecnością innego psa w okolicy bez wchodzenia w interakcję z nim. 

#2 Podobnie jest z tym, że od dawna wiem, jak Fibi dzieli psy. Są te, które nie są straszne, bo są neutralne emocjonalnie niezależnie od tego czy ją ignorują, czy chcą się przywitać. Ale są też takie, po których wyczuwa nadmierną ekscytację czy też chęć dokopania innemu futrzakowi. Ta druga grupa bardzo ją onieśmiela, zabiera jej pewność siebie. Dlatego na początku pracowałyśmy ze spokojnymi psami, by pokazać Fibi, że obwąchiwać się z pieskiem to nie jest koniec świata!

#3 Odczytywanie emocji innych psów wiąże się z emocjami samej Fibi. A to prawdziwy arsenał, który czasem wybucha niekontrolowanie. Znam ją i wiem, kiedy się nadmiernie emocjonuje i kiedy należy się wycofać, przejść na bok, uspokoić. A Fibi wchodzi na najwyższe emocjonalne obroty zanim mrugnę i muszę bardzo szybko reagować, bo pies się rozszczeka i rozchwieje do tego stopnia, że niemożliwym będzie wyciszenie jej. A Fibi wycisza się bardzo trudno (coś wie o tym Kasia od Cookiego, która na ostatnim spacerze czekała na nas z 15 minut i chwała jej za to!).

#4 Metoda małych kroczków przy Fibi nie działa, nic jej nie pokazuje i zajmuje o wiele więcej czasu. Fibi nie wyciąga wniosków, nie kombinuje. Długie miesiące próbowałam przekonać Fibi, że cziłała za ogrodzeniem nie połyka przez kraty - bezskutecznie. Po tych długich miesiącach potrafiłyśmy  przejść obok znanych nam już (nie przypadkowych) psów... za ogrodzeniem. Postanowiłam postawić psa przed faktem dokonanym i zabrać ją na zlot buldożków. Skrajna nieodpowiedzialność? Nie, przemyślany zabieg. W tym miejscu warto zauważyć, że zlot odbywał się na Fortach Bema, gdzie jest fosa ze ścieżkami na obydwu brzegach. Dzięki temu Fibi mogła oswoić się z widokiem psa, który jednak nie miał możliwości przedostania się do nas, bo był po drugiej stronie. Na tym samym zlocie, gdy Fibi nieco się rozkręciła, zabrałam ją w samo centrum zlotu, dlatego, że była to sytuacja bardzo podobna do tej, w której Fibi nabawiła się swojego lęku. Kilka minut w otoczeniu wielu psów, niekoniecznie do nas podbiegających, ale pląsających kilkanaście metrów od nas otworzyło Fibi na nowe myślenie i odblokowało sejf ze złymi wspomnieniami z DCDC Warszawa (pamiętne miejsce zero, gdzie wszystko się zaczęło). Pies do tej pory ma uraz do buldożków i innych charczących kreatur (dla mnie też są straszne :)), ale za to lubi inne burki. Ten zlot był oczywiście początkiem wielomiesięcznej pracy i nie załatwił wszystkich naszych problemów.

#5 Ale! Jeśli spotykamy się z jakimś psem i jest to kontrolowane spotkanie, lepiej nie napuszczać na Fibi nowego znajomego i dać im się stopniowo zapoznać. Dlatego zawsze polecam nowym znajomym, byśmy od razu udali się na spacer, bo wiem, że dreptanie trochę zajmie mózg i Fibi, i nowego psa. Stojąc w miejscu skupią się tylko na sobie - a to dla Fibi źle.

#6 Jak już pisałam, Fibi nie główkuje, nie wychodzi naprzód ze swoimi pomysłami (choć czasem jej się to zdarza!), dlatego czasem niektóre sztuczki trzeba... robić za nią. Tak było z trzymaniem przedmiotów w pysku. Tej sztuczki Fibi nie była w stanie objąć umysłem, naprawdę! Dlatego wynalazłam metodę, które pokazała jej, czego od niej oczekuję... i poszło z górki. Czy odebrało nam to frajdę nauki? Skądże! Naprowadziłam tylko psa na odpowiedni trop, by potem wydłużać sztuczkę i zmieniać przedmioty. Znów (jak przy zlocie buldożków!) potrzebowała iskierki, która popchnęłaby ją do przodu.

...i mogłabym tak jeszcze trochę powymieniać!

Nie wiedząc o tak specyficznych cechach Fibi, prawdopodobnie dzisiaj:
- wciąż miałybyśmy problem z psami
- ciągnęłabym Fibi na spotkania z każdym psem, nawet 'emocjonalnymi wulkanami', z którymi Fibi na największy problem
- każde spotkanie rozpoczynałoby się od naskoku na Fibi (trzeba się powitać przecież), co jeszcze bardziej by ją onieśmielało
- nie nauczyłybyśmy się większości sztuczek, tylko szybko byśmy się poddawały
...czyli generalnie byłybyśmy daleko w tyle, bo nie byłabym w stanie pomóc psu w dążeniu do sukcesu. Kiedy wiem jak ją czytać, wiem jak jej pomóc i dodać pewności siebie. Dzięki temu idziemy jak burza, a nie narzekamy, że "no nie da się". :)


Nie chciałabym jednak, żebyście traktowali to jako usprawiedliwienie dla moich dziwnych metod, a motywację do tego, by zastanowić się nad tym, czy faktycznie znacie swojego psa. Rozgryzienie swojego czworonoga bardzo, bardzo pomaga w nauce. A wiem, że spora ilość naszych czytelników nie zastanawia się nad tym, tylko korzysta z najpopularniejszych metod... Świadczą o tym liczne wiadomości "jak nauczyłaś Fibi czegośtam bo mój pies w ogóle tego nie rozumie?". Zawsze mówię, że nie będę w stanie pomóc, bo to nie mój pies, nie znam go, nie znam jego specyfiki. To opiekun, właściciel najlepiej zna swojego psa i tak naprawdę to on najbardziej jest w stanie pomóc swojemu psu. Nie ma oczywiście nic złego w korzystaniu z najpopularniejszych metod, ale korzystając z nich róbmy to świadomie, a nie na zasadzie komuś pomogło, to nam też. Bo wcale nie musi!

A Wy? Znacie tego swojego psa? :)

10 komentarzy :

  1. Chyba najważniejsze w pracy z psem jest właśnie dostosowanie metod do konkretnego przypadku. Jeśli mam problem z nauczaniem czegoś to zawsze szukam błędu w moim postępowaniu i z reguły tu go znajduje ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dobry, ważny post. Jednak jest jeszcze druga strona medalu - Ci, którzy mają psa, ale nawet nie starają się go poznać ( a co bardziej zatrważające - wydaje im się, że działają w imię miłości do niego). Oby jak najmniej właścicieli trafiało na ten typ.

    OdpowiedzUsuń
  4. 100% prawdy! z białym za młodu miałam straszny problem z aportem i jako ta niedoświadczona osoba z pierwszym pieskiem bawiłam się w "wszechwiedzących internetach". porządnie się na tym wyłożyłam i dopiero pewna mądra osoba wrzuciła nas na właściwy trop, dopiero wtedy JA zaczęłam kombinować, myśleć i dostosowywać metody pod niego.. w tym momencie aport mamy co najmniej zadowalający, a to tylko jeden z przykładów :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo pouczający i dający do myślenia. Według mnie największym problemem właścicieli jej wlasnie to ze nawet nie starają sie poznać swojego psiaka! :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo mądry post. Również uważam, że metodę należy dobierać do psa, w końcu to właściciel najlepiej zna swojego psa.

    OdpowiedzUsuń
  7. Święta prawda. Mój pies podobnie jak Fibi nie znosi naskoków na początku znajomości, preferuje uprzejme przywitanie z CSami. Najbardziej znielubianą grupą są labradory i goldeny, które w ogromnej większości zupełnie nie zwracają uwagi na sygnały wysyłane przez Bonza i idą jak czołgi na niego.
    Hej, a co miało miejsce na DCDC? Wyobrażam sobie, że obskoczyła Was grupa niedzielnych psiarzy którzy nie mają pojęcia kiedy zabawa zamienia się w napastowanie jednego psa przez wszystkie inne - to pierwsze co mi przychodzi do głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na DCDC wbrew pozorom nie było tragedii, ale złożyło się na to kilka czynników.

      Po pierwsze DCDC Wrocław okazało się o wiele mniejszą imprezą niż znane nam DCDC Warszawa. O ile pas widzów w stolicy sięga kilku metrów, a na górce obok pola nie widać źdźbła trawy, tak we Wrocławiu łatwo było znaleźć sobie miejsce przy bandzie. Po drugie, jako że nie było tylu ludzi, nie było też tylu psów. Po trzecie, psy widzów raczej były podpięte na smyczy do właścicieli, żeby przypadkiem nie wskoczyły na pole. To dawało jasny obraz sytuacji "gdzie jaki pies maksymalnie dosięgnie" :P Te, które biegały luzem to przede wszystkim psy zawodników, a więc zwierzaki jakoś przyklejone do właścicieli, a nie hasające jak wolny elektron po całym parku, i w miarę zsocjalizowane, ogarnięte. :)

      Nie miałyśmy chyba sytuacji, że naskoczyło na nas ileś psów. Jedyna niemiła sytuacja przydarzyła nam się w momencie, gdy do psa, którego Fibi obwąchiwała podskoczył inny samiec i w powietrzu zawisły nieciekawe emocje. Ale nie dotyczyło to bezpośrednio Fibi, mimo że zamieszanie zrobiło się obok nas. Większość psów ją ignorowała, to ona miała większy problem z nimi, niż oni z nią (przez wyczuwanie emocji, o którym też pisałam w poście).

      Usuń
  8. Szczerze mówiąc, wiele razy też musiałam wykonywać sztuczkę za psa, bo ona nie myśli samodzielnie (tylko czasami). I też stawiam ją w stresujących sytuacjach, psa trzeba uczyć a nie chuchać i dmuchać, żeby czasem się nie przestraszył. Pies ma prawo się bać, a człowiek ma pomóc mu przezwyciężyć ten lęk.

    OdpowiedzUsuń
  9. Kiedy miałam psa-Argo, zawsze mieliśmy problem z przypadkowymi spotkaniami z innymi psami. Argo i inny pies zawsze warczeli, skakali na siebie, gryźli się :/, nie wiedziałam jak się tego pozbyć :/. Niestety Argo uciekł, za nim w ogóle zaczęłam się interesować blogom czy fanpage'om o psach. Tam właśnie mogłam dowiedzieć się jak nauczyć psa przeróżnych sztuczek i zachowania. Teraz niestety nie mogę nic zrobić, chociaż tak bardzo bym chciała. Nie długo minie rok od ucieczki, żałuje, że nie zaczęłam przeglądać internetu trochę wcześniej. Teraz chciałabym, żeby Argo wrócił albo chociaż mieć drugiego psa, aby nauczyć go tylu wspaniałych sztuczek. Kiedyś miałam psa i nie miałam motywacji, a teraz jest na odwrót. :)

    OdpowiedzUsuń